Kard. Grocholewski: Jan Paweł II cierpiał duchowo z powodu problemów dręczących Kościół (wywiad)

„Jan Paweł II doświadczał także cierpienia duchowego, wypływającego z problemów dręczących Kościół, z niesprawiedliwości, z zagrożeń, ze słabości ludzi Kościoła” – powiedział kard. Zenon Grocholewski w rozmowie z KAI. Prefekt Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego podkreśla, że Jan Paweł II był chyba jedynym człowiekiem autentycznego dialogu naszych czasów.
KAI: Księże Kardynale, 1 maja Benedykt XVI wyniesie swego poprzednika, Jana Pawła II, do chwały ołtarzy. Czy fakt ten stanowi zaskoczenie dla Księdza Kardynała?

Kard. Zenon Grocholewski: Nie można mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu. Obserwując zwłaszcza ostatnie lata życia Jana Pawła II trudno było nie odnieść wrażenia, że byliśmy świadkami kresu ziemskiego pielgrzymowania człowieka naprawdę świętego, który ukazał światu, jak można realizować swoje człowieczeństwo w świetle Słowa Bożego i żywego, intensywnego kontaktu z Panem Bogiem.

KAI: Ksiądz Kardynał spotykał ówczesnego metropolitę krakowskiego, kard. Karola Wojtyłę, jeszcze przed wyborem na Stolicę Piotrową. Czy już wówczas można było dostrzec, że jest to człowiek dążący do doskonałości chrześcijańskiej?

– Wówczas, prawdę mówiąc, nie myśleliśmy o nim w kategoriach świętości. Kard. Wojtyła był dla nas przykładem człowieka, który oddał się bez reszty Kościołowi i nim intensywnie żył. Rzucał się w oczy jego duch modlitwy. W czasie studiów rzymskich mieszkałem w Kolegium Polskim, w którym zawsze zatrzymywał się kard. Wojtyła. Przez pewien czas mój pokój znajdował się nieopodal kaplicy. Podczas pobytu Metropolity Krakowskiego w Wiecznym Mieście, wieczorem, niemal zawsze o tej samej porze, słyszałem powolne kroki kardynała zmierzającego na modlitwę. Nie umiem powiedzieć kiedy wracał do siebie. Miałem wrażenie, że trwał na rozmowie z Panem bardzo długo. Dawał nam przykład doceniania wartości i konieczności modlitwy; jednocześnie łączył to z głębokim człowieczeństwem.

KAI: Często się z wami spotykał?

– Należał do tych biskupów, którzy mieli z nami najwięcej kontaktów. Przychodził na wszystkie imieniny, żartował i pozwalał żartować z siebie, a jednocześnie traktował księży-studentów poważnie, czasami nawet zasięgając ich rady. Ponieważ studiowałem prawo kanoniczne, kard. Wojtyła niekiedy konsultował się ze mną w kwestiach prawnych. Jawił się nam nie tyle jako hierarcha, ile przyjaciel, dlatego nadaliśmy mu w Kolegium Polskim tytuł „honorowego kolegiasty”, postrzegając go jako jednego z nas. Każda ze wspomnianych cech ściśle ze sobą związanych – tzn. duch modlitwy i ujmujące człowieczeństwo – świadczyły o jego wielkości.

KAI: Czy Ksiądz Kardynał spotkał się z biskupem, a później kardynałem Wojtyłą jeszcze w Polsce, przed wyjazdem do Rzymu?

– W Polsce kardynała Wojtyłę widziałem jedynie z daleka. Owszem, czytałem teksty jego wystąpień. Jako alumni przygotowujący się do kapłaństwa zainteresowaliśmy się jego pionierską wówczas książką „Miłość i odpowiedzialność”. Dużo wiedziałem o biskupie Wojtyle, ale w Polsce nigdy się z nim osobiście nie spotkałem. Przybyłem do Rzymu w roku 1966 i tutaj miałem okazję spotykać go i z nim rozmawiać. Rok później Paweł VI włączył go do kolegium kardynalskiego. Uczestniczyliśmy z radością w tych uroczystościach, jak również w objęciu przez niego kościoła tytularnego San Cesareo in Palatio. Pomimo wyniesienia do tak wielkiej godności, podobnie jak miało to miejsce także później, po wyborze na Stolicę Piotrową, nie zmieniło się jego podejście do nas – księży studentów. Był tym samym bezpośrednim człowiekiem, chętnie nawiązującym kontakty z innymi ludźmi. Był też bardzo uważnym słuchaczem. Mimo że w trakcie rozmowy patrzył na kogoś innego, świetnie słyszał wypowiedziane słowa i czasem zapamiętywał je na długo.

KAI: Które spośród tych spotkań, słów z kardynałem a następnie papieżem Janem Pawłem II zapadły Księdzu Kardynałowi szczególnie w pamięci?

– Najgłębiej przeżyłem wydarzenia związane z nowym Kodeksem Prawa Kanonicznego. Prace nad tym nowym, posoborowym Kodeksem, trwały niemal dwadzieścia lat. Przygotowywany tekst konsultowano z episkopatami całego świata, ośrodkami uniwersyteckimi, specjalistami nie tylko z zakresu prawa kanonicznego, ale także innych dziedzin, a także z niekatolikami. Następnie przedstawiono go Ojcu Świętemu. Byliśmy przekonani, że papież nie będąc kanonistą po prostu zaufa opiniom ekspertów i ten kodeks podpisze. Tymczasem było inaczej. Pewnego dnia otrzymałem telefon, że mam się stawić u Ojca Świętego na obiedzie. Przy stole było nas siedmiu kanonistów z różnych krajów, reprezentujących rozmaite ośrodki naukowe. Podczas posiłku papież wyznał, że już dwukrotnie przeczytał projekt Kodeksu. Jednocześnie zaznaczył, że jeśli ma go podpisać, to pragnie wpierw sam go przestudiować. W związku z czym poprosił nas o pomoc w realizacji tego studium.

KAI: Byliście chyba zaskoczeni?

– Postawa papieża była dla na wszystkich ogromnym zaskoczeniem. Osobiście nie mogłem wyjść z podziwu, że Ojciec Święty chce wspólnie z nami przedyskutować projekt Kodeksu. Spostrzegłem też, że wybrał on osoby, o których wiedział, że nie będą ze sobą we wszystkim zgodne. Dwa lub trzy miesiące wcześniej bowiem, byłem zaproszony do papieża na kolację wraz z innym kanonistą. Papież pytał nas, co sądzimy o projekcie Kodeksu. Prawie w niczym nie byliśmy wówczas tego samego zdania. Wprawdzie ten drugi kanonista cieszył się dużo większym autorytetem i doświadczeniem naukowym niż ja, jednak sądziłem, że jeżeli papież pyta, muszę mówić to, co naprawdę myślę, a nie ulegać komuś innemu. Byłem w tej grupie najmłodszy. Mieliśmy czternaście spotkań, każde poświęcone określonej części Kodeksu. Trwały one po trzy-cztery godziny i każdy z nas wyrażał swoją opinię i wysuwał ewentualne postulaty. Wyznam szczerze – było to najmocniejsze przeżycie kontaktu z Janem Pawłem II.

KAI: Dlaczego?

– Byłem zafascynowany taką postawą Ojca Świętego. Spotykaliśmy się też we własnym gronie i takich sesji było w sumie około pięćdziesiąt. Wracając do sesji w obecności Ojca Świętego, chciałbym zaznaczyć, że nie obawiał się on wyznać, że czegoś nie rozumie, domagał się wyjaśnień. Podczas pierwszego spotkania zaproponowaliśmy papieżowi, żeby w czasie naszych obrad obecny był też przewodniczący komisji, która ten Kodeks przygotowywała, przewidując, że w przypadku krytyki tekstu mogą być konieczne jego wyjaśnienia. Podczas jednej z sesji w Castel Gandolfo wszyscy krytykowaliśmy, z różnych pozycji, pewną część Kodeksu. Wówczas przewodniczący wspomnianej komisji w obecności Jana Pawła II emocjonalnie zareagował, wręcz na nas „wybuchnął” twierdząc, że za dużo mówimy, że nasze uwagi nie mają znaczenia merytorycznego, że się powtarzamy, itd.

KAI: Jak zareagował Jan Paweł II?

– Wtedy Ojciec Święty także się uniósł. Powiedział stanowczo mniej więcej tak: „Ekscelencjo, to nieprawda, że ktokolwiek się powtarza. Nawet jeśli słyszymy głosy krytyki wobec tego samego kanonu, to każdy z nich pada z innej perspektywy. To nieprawda, że wypowiadanych jest tutaj zbyt wiele słów, ponieważ jeśli ktoś stawia jakąś tezę, to ma ją prawo uzasadnić”.

Kończąc, papież zaapelował, byśmy nadal tak się wypowiadali, jak dotychczas. Po tym burzliwym spotkaniu Ojciec Święty wychodząc wziął mnie za rękę i powiedział po polsku: „Właściwie ja tego Kodeksu nie napisałem: wszyscy byli zaangażowani – jest to owoc pracy całego Kościoła. Muszę to napisać w dekrecie promulgacyjnym”.

I tak, po raz pierwszy w historii ustawodawstwa, papież w dekrecie promulgacyjnym stwierdził, że Kodeks jest owocem współpracy całego Kościoła, chociaż nabiera mocy na podstawie jego autorytetu. Taki styl podchodzenia do problemów odpowiadał naturze Jana Pawła II – osoby, która zabiegała o współpracę, chętnie nasłuchiwała opinii innych ludzi. To całe wydarzenie jest mi szczególnie drogie. Dlatego też w moim biurze na honorowym miejscu umieściłem zdjęcie, upamiętniające moment podpisywania przez Ojca Świętego Kodeksu Prawa Kanonicznego 25 stycznia 1983 r. Jestem na nim obecny w gronie kilku osób otaczających papieża. W tym gronie był także ówczesny kardynał Joseph Ratzinger. Ja znajduję się tam na ostatnim miejscu, bo byłem wtedy zaledwie od dwóch tygodni biskupem.

KAI: Czy oprócz tych spotkań oficjalnych miał Ksiądz Kardynał okazję do bardziej osobistych, bezpośrednich?

– Owszem, i to sporo. Krótko po wyborze Jana Pawła II na Stolicę Piotrową swoje imieniny obchodził osobisty sekretarz papieża, ks. Stanisław Dziwisz, obecnie kardynał. Ojciec Święty zaproponował mu, ażeby zaprosił księży-kolegów, tak jak to bywało przedtem. Atmosfera w Pałacu Apostolskim była naturalna, jak w czasach Kolegium – żartowaliśmy, jak wówczas. Wcześniej, za pontyfikatu Pawła VI, taka uroczystość byłaby trudna do wyobrażenia. Innym wydarzeniem godnym wspomnienia były, na przykład, odwiedziny Ojca Świętego w poszczególnych dykasteriach Kurii Rzymskiej na początku pontyfikatu. Pracowałem wtedy w Najwyższym Trybunale Sygnatury Apostolskiej. Papież jedynie znał mnie. Podszedł do mnie i spontanicznie, bardzo serdecznie mnie objął. Po prostu był sobą. Wszyscy zazdrościli mi takiego zdjęcia. Jego tak bardzo ludzkie podejście do każdego z nas wypływało z głębokiej jedności z Bogiem.

KAI: Jak postrzegali Jana Pawła II Włosi?

– Pamiętajmy, że wybór kard. Wojtyły był dla Włochów – i nie tylko dla nich – pewnego rodzaju szokiem. Kardynał był bowiem bardziej znany w Stanach Zjednoczonych czy w Niemczech, niż we Włoszech. A mimo to przez środowisko włoskie był bardzo dobrze przyjęty. Po wyborze, do mojego miejsca pracy w Sygnaturze Apostolskiej przychodziło wiele osób – profesorów adwokatów – składali mi gratulacje, szczerze się cieszyli. Niektórzy wyrażali nawet zadowolenie, że kardynałowie wybrali nie-Włocha. Od razu można było dostrzec otwarcie się na osobę nowego Następcy Piotra. Postawa Włochów w następnych latach potwierdzała, że się nie zawiedli. Mówili o Janie Pawle II z zachwytem.


KAI: Czy Ksiądz Kardynał był świadkiem jakiegoś ciekawego i ważnego wydarzenia z udziałem Ojca Świętego?

– Ciekawe doświadczenie miało miejsce w Stanach Zjednoczonych. Będąc tam, zostałem między innymi zaproszony przez pewną korporację liczącą ponad stu adwokatów, prowadzących sprawy także w perspektywie międzynarodowej, aby im powiedzieć o Najwyższym Sądzie Sygnatury Apostolskiej, w którym pracowałem.

Na czele tej korporacji stał Żyd – człowiek o wysokiej kulturze i otwartości. Pewna grupa tych adwokatów przyjechała potem do Rzymu, by odwiedzić nasz Trybunał. Starałem się im wyjaśnić specyfikę naszej pracy w porównaniu z sądownictwem świeckim. Nasi goście byli też na środowej audiencji ogólnej u Ojca Świętego. Postarałem się, aby mogli podejść, porozmawiać. Poinformowałem Jana Pawła II, z kim się spotka. Muszę powiedzieć, że ten amerykański Żyd był zachwycony. Napisał mi potem piękny list, dziękując nie tylko za zapoznanie się z pracą Sygnatury Apostolskiej, ale przede wszystkim za możliwość spotkania z papieżem. Z osobowości Jana Pawła II emanowało bowiem swoiste ciepło i ujmująca serdeczność. Wiele razy słyszałem o nawróceniach, które były owocem spotkania z Ojcem Świętym. Nikt nie wątpił w jego autentyzm, to znaczy, że to, co mówił, było tym, w co on naprawdę wierzył, czym żył na co dzień.

KAI: Do najbardziej dramatycznych wydarzeń pontyfikatu należał zamach z 13 maja 1981. Pojawiały się głosy, że proces beatyfikacyjny Jana Pawła II można by prowadzić także starając się wskazać na jego męczeństwo. Czy w Janie Pawle II można było dostrzec rys męczennika?

– Wydarzenie z 13 czerwca 1981 r. było także cierpieniem całego Kościoła. Nie sądzę jednak, że mamy tutaj do czynienia z męczeństwem w ścisłym tego słowa znaczeniu. W każdym razie papież nie robił z siebie męczennika, choć – po pierwsze – w jego życiu było sporo cierpienia, przeżywanego w łączności z Bogiem; po drugie, na pewno w każdej chwili był gotów oddać życie za Chrystusa, gdyby został postawiony wobec tego rodzaju alternatywy. Cierpienie, związane z życiem i misją Jana Pawła II, było podwójnej natury: fizyczne i duchowe.

Oprócz wspaniałego świadectwa w przeżywaniu choroby, zarówno po wspomnianym zamachu, jak i w ostatnich latach życia, do cierpienia fizycznego można by zaliczyć także fakt, iż papież jest w pewnym sensie więźniem Watykanu. Każdy z nas lubi pospacerować po mieście, odwiedzić przyjaciół, czy swobodnie wyjechać w góry lub nad morze, mieć nieskrępowany kontakt z przyrodą. Tymczasem papież musi być na miejscu. Co prawda Ojciec Święty wymykał się czasem, za wiedzą policji i odpowiednich służb, poza Wieczne Miasto, ale zawsze jego swoboda poruszania się była ograniczona.

KAI: Bez wątpienia Jan Paweł II cierpiał duchowo...

– Jan Paweł II doświadczał także cierpienia duchowego, wypływającego z problemów dręczących Kościół, z niesprawiedliwości, z zagrożeń, ze słabości ludzi Kościoła. Kiedy pracowałem w Najwyższym Trybunale Sygnatury Apostolskiej, informowałem niejednokrotnie Ojca Świętego o sytuacjach trudnych i niezbyt pozytywnych w życiu Kościoła. Osobiście nie potrafiłem wtedy uwolnić się od emocji negatywnych związanych z niektórymi przypadkami. Papież podchodził natomiast do tych kwestii z ogromnym spokojem, nie można go było wyprowadzić z równowagi. Miał wielką ufność w Kościół, był przekonany, że rządzi nim Chrystus, że „bramy piekielne go nie przemogą” – zawsze budziło to mój podziw. Choć na pewno głęboko przeżywał bolesne kwestie.

KAI: Niekiedy pojawiają się opinie, że Jan Paweł II zrobił zbyt mało, by zwalczać zło w Kościele. Czy Ksiądz Kardynał zgadza się z tymi opiniami?

– Cała entuzjastyczna posługa apostolska Jana Pawła II, która budziła i budzi powszechny zachwyt, jego osobista świętość, nauczanie, modlitwa, postawa, sposób przeżywania cierpienia, to wszystko było zwalczaniem zła poprzez prowadzenie do Chrystusa. Zła w Kościele nie wykorzeni się zwykłym karaniem, trzeba przede wszystkim zmienić człowieka, ukierunkować go skutecznie ku Chrystusowi, skłonić do nawrócenia. Papież czynił to bardzo intensywnie. Poza tym zło nazywał jasno po imieniu. Człowiek jednak został obdarzony wolną wolą, a więc może odepchnąć przyjazną dłoń, która chce go prowadzić do realizacji dobra, do zbawienia. Chciałbym też zauważyć, że w perspektywie postawionego pytania warto może przyjrzeć się postawie Jezusa wobec Judasza.

KAI: Wyniesienie Jana Pawła II do chwały ołtarzy 1 maja bieżącego roku to także wielkie osobiste przeżycie dla Księdza Kardynała?

– Sądzę, że będzie to wielki dzień, okazja do ponownego osobistego spotkania z Janem Pawłem II. Chciałbym, aby uroczystość ta pozwoliła mi przejąć jak najwięcej z Jego ducha, żyć dogłębnie tymi samymi wartościami i reprezentować je na zewnątrz. Zastanawiam się często, co sprawiało, że pomimo długiego pontyfikatu cieszył się on coraz większym szacunkiem wiernych, a także wielu przedstawicieli życia publicznego. Zaświadczył o tym przecież jego pogrzeb. Sądzę, że jednym z zasadniczych elementów jest fakt, iż Jan Paweł II był chyba jedynym człowiekiem autentycznego dialogu naszych czasów.

KAI: Co go tak wyróżniało?

– Charakteryzowały ten dialog cztery elementy: Po pierwsze – Jan Paweł II rozmawiał ze wszystkimi, z ludźmi różnych religii i światopoglądów, różnych stanów i zawodów. Nie ma takiej kategorii osób, z którymi by nie rozmawiał.

Po drugie – do wszystkich odnosił się z szacunkiem. Nigdy nikogo nie obraził.

Po trzecie – wobec wszystkich był sobą, świadczył o swojej wierze. Pomimo, że jako młody człowiek był aktorem, nigdy nie „grał”, nie starał się dostosowywać do otoczenia czy okoliczności, żeby tanim kosztem zyskać uznanie czy powodzenie. Przeciwnie – był zawsze sobą. Zawsze dzielił się tym, czym żył, o czym był przekonany. Czyli – był uczciwym interlokutorem.

Po czwarte – był zawsze koherentny. Przez ponad 26 lat pontyfikatu nie zmieniał swego nauczania i postawy, nie uzależniał ich od konkretnych zewnętrznych warunków. Ja myślę, że taka postawa dialogu była jednym z bardzo mocnych elementów, którymi Jan Paweł II zaimponował światu. W ten sposób jednoczył, a nie dzielił. Dlatego na jego pogrzeb, pragnąc oddać hołd przybyli wszyscy. Będąc na Tajwanie między innymi odwiedziłem klasztor buddystów, w którym mieszkało około tysiąca mnichów. Ich przeor na jednym z centralnych miejsc umieścił swoje zdjęcie z Ojcem Świętym i tym się pochwalił.

KAI: Zatem – do czego Jan Paweł II powinien pobudzać świat początków trzeciego tysiąclecia?

– Sądzę, że Ojciec Święty powinien nam nade wszystko uświadomić znaczenie modlitwy. Kiedy kilka dni po wyborze na Stolicę Piotrową udał się do leżącego niedaleko od Rzymu sanktuarium na Mentorelli, powiedział: „Przyjechałem tutaj, bo to miejsce pomagało mi się modlić”. Stwierdził przy tej okazji, że pierwszym zadaniem papieża jest modlitwa (nie jakaś aktywność), że jest ona także pierwszym warunkiem jego posługiwania w Kościele i w świecie. Dodał, że modlitwa jest istotnie pierwszym wyrazem prawdy o człowieku, pierwszym warunkiem prawdziwej wolności człowieka. W innym przemówieniu, wygłoszonym nieco później, podkreślił, że jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska.

KAI: Ksiądz Kardynał był często świadkiem modlącego się papieża?

– Zaproszony na Mszę św. w prywatnej kaplicy Ojca Świętego zawsze byłem urzeczony Jego spokojem. Jan Paweł II głęboko przeżywał ofiarę sprawowaną na ołtarzu. Jestem przekonany, że Jego rozmodlenie jest wielkim wyzwaniem dla współczesnego świata, skoncentrowanego na aktywności, na działaniach zewnętrznych, zaniedbującego natomiast kontakt z Bogiem, z niewątpliwą szkodą dla życia jednostek, jak i kontaktów międzyludzkich.

Dodam, że w Liście Apostolskim „Novo Millennio ineunte”, z 6 stycznia 2001, wśród priorytetów duszpasterskich trzeciego tysiąclecia, Jan Paweł II na pierwszym miejscu wskazał na świętość i w tej perspektywie rozpoczął swe rozważania od modlitwy. Pedagogia świętości, napisał, domaga się „sztuki modlitwy”, toteż – podkreślił – nasze wspólnoty chrześcijańskie muszą stać się autentycznymi „szkołami” modlitwy. Jest rzeczą konieczną, by świat, a zwłaszcza katolicy skorzystali z tego nauczania i przykładu Jana Pawła II.

KAI: Czy dostrzega Ksiądz Kardynał w działaniach Benedykta XVI urzeczenie Janem Pawłem II?

– Trudno tego nie dostrzec. Warto w tej perspektywie przeczytać kazanie, jakie kard. Józef Ratzinger wygłosił na pogrzebie Jana Pawła II. Potem w przemówieniu inaugurującym swój pontyfikat Benedykt XVI nawiązał do słów Jana Pawła II: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” i rozwinął to wezwanie naszego rodaka, odwołując się także do własnego doświadczenia. Następnie wielokrotnie w swoich przemówieniach nawiązywał i nadal nawiązuje do „swego Umiłowanego Poprzednika”. Myślę, że u Benedykta XVI doskonale widać zafascynowanie jego osobowością i pełną harmonię duchową z osobą swojego poprzednika. Sądzę, że wyniesienie Jana Pawła II do chwały ołtarzy będzie dla niego wielką radością i głębokim przeżyciem.

KAI: Czy podczas spotkań z Benedyktem XVI ma Ksiądz Kardynał okazję do rozmowy o Janie Pawle II?

– Wstępnie chciałbym powiedzieć, że my zasadniczo nie chodzimy do papieża na pogaduszki, lecz w celu omówienia konkretnych problemów. Gdy udaję się na prywatną audiencję do Ojca Świętego mam wyznaczony czas jej trwania, normalnie 40 minut. Trzeba wówczas przedstawić czy przedyskutować kilka zasadniczych spraw. Rozpoczynam zawsze od tych ważniejszych, mając na uwadze, że może nie starczyć czasu, by o wszystkich porozmawiać. Te nasze spotkania są bardzo intensywne.

Natomiast nie mam najmniejszej wątpliwości, co Benedykt XVI myśli o swym poprzedniku, ani co myślał przedtem jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary. Byłem bowiem (i nawiasem mówiąc, nadal jestem), członkiem tejże Kongregacji.

KAI: Które z dzieł Jana Pawła II Ksiądz Kardynał ceni najbardziej?

– Najgłębsze wrażenie wywarła na mnie pierwsza encyklika Jana Pawła II – „Redemptor hominis”, ukazująca prawdę o człowieku. Miała ona szczególną wymowę na tle sytuacji, jaką przeżywaliśmy w Polsce. Pamiętamy, że narzucona demagogia komunistyczna starała się nam wmówić, iż religia jest alienacją człowieka, poniżaniem osoby ludzkiej, i dlatego jest rzeczą konieczną wyzwolić człowieka z religii. Tymczasem Ojciec Święty diametralnie przeciwstawiając się tej tezie nauczał, że nie da się człowieka zrozumieć bez Chrystusa, że właśnie religia czyni osobę ludzką w pełni człowiekiem. Moim zdaniem jest to dokument o fundamentalnym znaczeniu. Dlatego często do niego sięgam.

W innym aspekcie jest dla mnie niezwykle ważna encyklika: „Fides et ratio”, zajmująca się problematyką związaną z pracą Kongregacji, którą obecnie kieruję. Ostatnio zaprezentowaliśmy dokument poświęcony reformie studiów filozofii w Kościele. W tym względzie „Fides et ratio” jest dla nas podstawowym tekstem, do którego się odwołujemy. Benedykt XVI, jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, słusznie zauważył, iż współczesny kryzys teologii jest w znacznym stopniu właśnie kryzysem filozofii. Często mamy dziś do czynienia z sytuacją, kiedy osoby legitymujące się dyplomem studiów filozoficznych nie mają w gruncie rzeczy pojęcia o filozofii, odrzucając jej rdzeń, jakim jest metafizyka. Chodzi więc o to, aby filozofia uczyła myślenia, by otwierała umysły na wszystkie wymiary prawdy. Stąd znaczenie „Fides et ratio”.

KAI: A inne dokumenty papieża Polaka ważne dla katolickiej edukacji?

– Janowi Pawłowi II Kongregacja ds. Wychowania Katolickiego zawdzięcza także dwie fundamentalne Konstytucje Apostolskie regulujące studia wyższe: „Sapientia christiana” z 1979 r. dotycząca uniwersytetów i wydziałów zwanych „kościelnymi”, oraz „Ex corde Ecclesiae” z 1990 r., na temat uniwersytetów katolickich. Pamiętajmy, że na świecie istnieje obecnie ponad 1500 uniwersytetów katolickich. Niedawno uczestniczyłem w Manili jako legat papieski w uroczystościach 400-lecia Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu, prowadzonego przez dominikanów. Jest to najstarsza wyższa uczelnia Azji, na której obecnie kształci się prawie 50 tys. studentów. Posiada ona wspaniałą bibliotekę sięgającą początków XVI wieku, rozległy campus. A obok tego zwiedziłem w Manili trzy inne uniwersytety katolickie. Pamiętajmy o roli, jaką uniwersytety katolickie pełnią w Afryce, a także o wielkich oczekiwaniach dalszego ich rozwoju. Silna jest też pozycja uczelni katolickich w Ameryce Łacińskiej.

KAI: Czy uniwersytet, szkolnictwo katolickie może wychowywać współczesnego człowieka do świętości, a jej wzorem powinien być Jan Paweł II?

– Może i powinno. Zarówno Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI podkreślają, że uniwersytet ma nie tylko przekazywać wiedzę, ale także formować człowieka. W Kongregacji spotykam się również z ambasadorami nie będącymi chrześcijanami, którzy mówią, że skończyli szkołę lub uniwersytet katolicki. Pytam wtedy, dlaczego wybrali taką uczelnię? W odpowiedzi zazwyczaj są wymieniane dwa elementy: poziom nauczania oraz fakt, że uczelnie katolickie nie tylko przekazują wiedzę i umiejętności, ale formują człowieka. Właśnie ten drugi element jest ogromnie ważny. Wiedza i umiejętności bowiem mogą być i rzeczywiście są, jak uczy doświadczenie, wykorzystywane również do czynienia zła, i to w bardzo dużym stopniu. Należy więc tak kształtować człowieka, by on umiał i chciał swą wiedzę i umiejętności wykorzystać do budowania dobra. W tego rodzaju wychowaniu integralnym nie może oczywiście zabraknąć odpowiedniej formacji duchowej, jeśli pamiętamy, że szczytem realizacji człowieczeństwa jest właśnie świętość. W uczelniach katolickich odgrywa więc ogromną rolę kształcenie religijne i duszpasterstwo.

Rozmawiali: o. Stanisław Tasiemski i Krzysztof Tomasik.
st, tom (KAI) / Watykan
--
Katolicka Agencja Informacyjna
ISSN 1426-1413; Data wydania: 01 kwietnia 2011
Wydawca: KAI; Red. naczelny: Marcin Przeciszewski